Kłębek uczuć

Wiesz, jak brzmi łamane serce? Myślę, że każde inaczej.

Łamane serce. Przemoc w miłości.

“Wiesz, jak brzmi łamane serce? Myślę, że każde inaczej. Moje brzmiało, jak pięść trafiającą w twarz, jak ciało, które głucha obija się o podłogę, jak krzyk pełen gniewu i mój niemy krzyk.

Wyszłam za mąż z miłości. Stałam przed ołtarzem dumna i szczęśliwa. To był mój dzień — nasze święto. W zdrowiu i chorobie — taki mieliśmy grawer na obrączkach. Byliśmy tacy sami- żądni życia, ciekawi świata. W weekendy wstawaliśmy rano i jechaliśmy przed siebie. Tylko ja kochałam za bardzo.” – mówi Natalia.

Dziś przekażę Wam jej historię. Historię miłości i przemocy. Zagubienia, zatracenia, upokorzenia. I pięknego PODNIESIENIA. Zdecydowałam się rozmowę z nią przeprowadzić poprzez komunikator. Zdawałam sobie sprawę, że może ona nie być dla niej lekka. Pisząc, możemy chwilę odczekać, przemyśleć. Ochłonąć.

Rozmowy, takie jak ta, którą przeprowadziłam z Natalią, często podnoszą Was na duchu. Może dlatego, że uświadamiacie sobie, że nie jesteście sami w swoim bagnie, może dlatego, że czytacie prawdziwą historię, w której ktoś pisze: “Hej! Da się z tego wyjść!”, może dlatego, że zdajecie sobie sprawę, jak wielkie szczęście macie obok siebie w swoim życiu?

Wiesz, jak brzmi łamane serce? Myślę, że każde inaczej. Przemoc w miłości — czy to dalej miłość? Kiedy zaciera się granica?

Większość osób, które zgłaszają się do mnie z problemem z przemocą (psychiczną lub fizyczną — albo tą i tą) mówią, że na początku było cudownie. Dużo miłości, że czuły się jak nigdy — wspaniale. I nagle trach!, coś się kończyło i zmieniało nie do poznania. Zdarzają się też tacy, którzy od początku widzieli, że coś jest nie tak, że nie do końca jest to zdrowa relacja, ale tłumaczyli sobie, że zdarzyło się raz, że przecież są też dobre chwile, więc musi kochać. Na pewno się zmieni i będzie cały czas dobrze. A jak było u Ciebie?

Chyba chciałam wierzyć, że dla mnie się zmieni, że będę dla niego kimś na tyle wyjątkowym, że będzie mnie kochał.

Czyli od początku Waszej znajomości było coś, co Cię niepokoiło? Nie do końca odpowiadało?

Poznałam go, kiedy był z inną dziewczyną. Pamiętam, że stałam kilka metrów od nich i widziałam, jak się kłócą — leciały kurwy, szmaty i inne epitety. Pomyślałam wtedy, że nigdy bym sobie tak nie pozwoliła. O ironio…

Ta kłótnia to była dwustronna sprawa, czy raczej było to z jego strony?

Dwustronna, ale pamiętam też łzy w oczach tej dziewczyny, które mówiły więcej niż to, co wykrzykiwała.
Spotkaliśmy się parę lat później. On był sam, ja byłam sama. Marzyłam o rodzinie, takiej mojej. Wiesz o, co mi chodzi?
Byłam z wybrakowane rodziny, chciałam mieć kogoś, kto będzie moim światem. Nie sądziłam wtedy, że ten świat się rozpadnie milion razy razem ze mną. Wszystko działo się bardzo szybko.

Śmiało, opowiedz, jak było.

Kończyłam wtedy liceum, widywaliśmy się w weekendy. Mogliśmy siedzieć do rana i gadać. Był pierwszą osobą, przy której się otworzyłam. Pamiętam, jak leżałam wtulona w niego ze wszystkimi swoimi tajemnicami i opowiadałam mu do rana, a on nie oceniał, tylko słuchał. Z nikim wcześniej tak nie rozmawiałam. I nie wiem, czy jeszcze kiedyś z kimś będę…
Skończyłam szkołę i zamieszkaliśmy razem. Boże, jacy my byliśmy głodni życia.
Jeździliśmy razem na nartach, spacerowaliśmy godzinami, graliśmy razem na kompach godzinami, chodziliśmy razem po górach, byliśmy jak takie zakochańce — wiesz takie same buty, takie same rowery.
Wystarczyło, że wtuliłam się w niego wieczorem i zapominałam o wszystkim, co złe.

Nawet nie pamiętam, jak to się zaczęło, ale stopniowo zaczęłam się odcinać od świata.
Powoli krok po kroku. Kiedyś odwiedzili nas moi znajomi. Koleżanka ze studiów zapytała mnie potem, czemu chodzę przy nim na baczność, pytam o wszystko po 100 razy i jakby nie jestem sobą.
Ja tego nie zauważałam, a może dlatego, że szanowałam go jako głowę naszej rodziny? Nie wiem, ciężko stwierdzić.

Stopniowo gdzieś gubiłam radość życia. Powoli ze mnie ulatywała, a ja chciałam być lepsza.
Tylko nie dla siebie a dla niego.

A on? Miał życie towarzyskie? Planowaliście ślub, dzieci? Kiedy zorientowałaś się, że to chora relacja, w której zostajesz poczęstowana przemocą?
Miał, ale ani oni za mną nie przepadali, ani ja za nimi. Byłam cholernie zazdrosna. Głównie dlatego, że bałam się, że mnie zostawi dla innej. Ciągle coś we mnie było nie tak.
Byłam za gruba, za brzydka, za głupia. Zaczęłam obsesyjnie ćwiczyć i się głodzić.
Bo trudno inaczej nazwać życie 3 dni o jednym jabłku.
Jednocześnie pracowałam na etacie i studiowałam w weekendy, nie wiem, skąd brałam na to siłę.
A potem się oświadczył …

Oszalałaś ze szczęścia?

Szczęścia i dumy. Że mnie jednak chciał.

Czym Ci tak imponował?

Czułam się potrzebna. Toksycznie potrzebna.
Ale tego wtedy nie wiedziałam.

Do czego potrzebna? Dlaczego bałaś się, że Cię nie będzie chciał? Że będzie chciał inna? Dlaczego poczułaś dumę, że wybrał Ciebie?

Bo cały czas miałam poczucie, że to najlepsze co mnie w życiu spotyka i cholernie bałam się to stracić. Bo ciągle i uparcie wbijał mi do głowy, że coś mogę robić lepiej inaczej szybciej itd.
Bo chciałam sprostać jego oczekiwaniom. A pierścionek był dla mnie znakiem, że może jednak mogę to zrobić.

A jako dziecko? Czułaś się wartościowa i doceniona?

Szczerze mówiąc, aż do tej zimy nigdy się nad tym nie zastanawiałam.
Miałam skomplikowane dzieciństwo. Byłam najmłodsza, a czułam się odpowiedzialna i za siostrę i czasem za ojca.
Może dlatego tak kurczowo chciałam, żeby on mnie chciał.
Bo wiedziałam, jak to jest kogoś stracić.

Może. Może też chciałaś, żeby ktoś zabrał od Ciebie ten ciężar odpowiedzialności. Żeby teraz ktoś za Ciebie był odpowiedzialny.

Pamiętasz pierwszy raz, kiedy uświadomiłaś sobie, że coś jest bardzo nie tak? I ten raz, w którym podjęłaś decyzję o rozstaniu?

Pamiętam bardzo dobrze. To było jeszcze przed ślubem.

Przed ślubem? Opowiedz.

Wracaliśmy od znajomych, już wtedy nie byłam mną, jeśli wiesz, o co mi chodzi. Chcieli mnie czymś poczęstować, odmówiłam. Wyszliśmy od nich i w ułamku sekundy miałam podbite oko. Bo krzywo się popatrzyłam.

Nigdy mnie za to nie przeprosił, to ja wsiadłam do auta ze spuszczoną głową i poczuciem winy.

Pierwszy raz bolał najbardziej.

I tak się zaczęło. Ja czułam się winna. Długo potem czułam się też nic niewarta. Mimo to wyszłam za mąż. Pewnie pomyślisz, że przecież wiedziałam, na co się piszę. Ale to był jeden raz, a ja dalej mocno wierzyłam, że może dla mnie się zmieni.

Jakiś czas temu przeglądałam swoje zdjęcia za ślubu. Bardzo długo na nie nie patrzyłam. Teraz widzę w swoich oczach smutek i głęboki ból.

I co było dalej? Nasilało się?

Potem poszło jak lawina. Szarpanie, krzyki wyzwiska. Grad pięści na brzuch, głowę, plecy, ramiona. Leżałam kiedyś zwinięta w kulkę na podłodze, a on kopał mnie, aż nie mogłam złapać oddechu. Sorry, że takim tempem, sporo mnie to kosztuje.

Wiem. W każdej chwili możesz powiedzieć dość. Przechodziłam to, wiem co czujesz.

W którym momencie powiedziałaś dość? Kiedy był “normalny” rozmawiałaś z nim o tym, co się dzieje w jego napadach?

Nie wiem, nie pamiętam już. Wiem tylko tyle, że kiedy było dobrze, było mi najlepiej na świecie i bałam się powiedzieć choćby słowo na ten temat, żeby ten stan trwał.

Ale było coraz gorzej. Nie mieszkałam w swoim mieście, nikogo tu nie miałam. Żebym nie miała jak uciec, zabierał mi kartę i pieniądze zostawał mi telefon z muzyką i nogi, które niosły mnie przed siebie. Wtedy nauczyłam się uciekać.

Szłam przed siebie, zanosząc się płaczem. Nie ważne czy lało, czy była sroga zima. Szłam, dopóki nie przestawałam czuć czegokolwiek. Nie tylko nóg, ale bólu serca przede wszystkim. Szłam tak długo, aż przestawało mi dudnić w głowie: jesteś beze mnie nikim, jesteś beznadziejna, nikt Cię nie będzie chciał.

Z każdym krokiem i każdym kilometrem, a zrobiłam ich przez miesiące tego koszmaru sporo, budowałam swoją fortecę obojętności.

I jak to skończyłaś?

Uciekłam w pracę. 

Akurat zaczynałam w nowej. Siedziałam w kącie i robiłam swoje. Widziałam młodych ludzi, którzy są szczęśliwi i uśmiechnięci. Odżyłam tam. Bo po pierwsze znowu byłam w swoim mieście, nawet kosztem kilkugodzinnych dojazdów, po drugie, kiedy wychodziłam z domu, czułam się wolna. Chciałam coś w tej pracy osiągnąć. Dla siebie pierwszy raz chciałam coś zrobić dla siebie. Dużo mnie to kosztowało. Ważąc 44 kg, byłam wykończona po 12 godzinach poza domem nigdy, nie położyłam się spać, dopóki nie podałam mężowi kolacji. Ale wtedy już w głowie i myślami byłam w pracy. Tam mnie nikt nie znał. Nie musiałam się tłumaczyć z siniaków podkrążonych oczu czy łez.

Siniaki nauczyłam się zakrywać długim rękawem. W oczy wlewać litrami krople, a zmęczenie czy podkrążone oczy? Kto po tylu godzinach by nie miał. Zdobyłam pierwszy mały sukces w pracy. Usłyszałam tylko — i tak Cię zaraz wypierdolą.
Bolało jak cholera.

Co sprawiło, że od niego odeszłaś?

Tylko w pracy chciało mi się żyć, w domu wszystko było mi obojętne. Nie przeraził mnie nawet wypadek samochodowy. Leżałam w szpitalu, gapiłam się w lampę i nie ruszyło mnie to. Weekendy były coraz gorsze.
Mam wrażenie, że wybuchało w nim to, co zbierało się cały tydzień, kiedy mnie nie było. Aż pewnego dnia, widziałam, jak biegł w moją stronę, z podniesioną pięścią i nie drgnęłam. Nie uciekłam, nie zasłoniłam się. Stałam i czekałam. Ale przestałam się bać. Trzy dni później już mnie tam nie było.

Większość osób, które zgłaszają się do mnie z podobnym problemem, mówią, że nie mogą odejść, bo nie mają co zrobić, gdzie się podziać, nie mają jak zacząć życia od nowa. Jak to u Ciebie wyglądało?

Jak on na to zareagował?

Zaśmiał się, mówiąc: gdzie pójdziesz? Kto Cię będzie chciał?

Co zrobił, kiedy odeszłaś?

Nie miałam gdzie iść. Chwile byłam u koleżanki z pracy, chwile u ze studiów, a potem coś wynajęłam. Nienawidziłam tego mieszkania, ale byłam wolna. Wzięłam torebkę, parę spodni, kilka koszulek i wyszłam. Zostawiłam wszystko. Dzwonił, pisał, jeździł, szukał. Straszył, wyzywał. Długa przeprawa.

W momecie, którym odchodziłam, juz byłam wrakiem. Fizycznie i mentalnie. Jakbym wtedy wiedziała, jak będą wyglądały najbliższe miesiące, pewnie nigdy bym się nie zdecydowała odejść. Ale jestem taka, że jak powiem A to muszę powiedziec B. A upór i konsekwencja w pracy pomogly mi to samo zrobić w życiu. Nie po to zastanawiałam sie przez wiele bezsennych nocy czy dam radę, żeby się potem wycofać.
Druga sprawa…
Wypowiedziane słowo ma większą moc. Kiedy zdecydowałam się odejść, pojechalam do mojej dobrej kolezanki z pracy. Pamiętam, była sobota, jak na grudzień dość ciepła. Szłam do biura i nioslam 4 kawy. Wyszla przed biuro zapalic ze mną i juz wiedziała, że coś jest nie tak. Popatrzyła na mnie, ja się rozpłakałam i powiedziałam, że te siniaki to nie rower, schody, czy inne przypadłości. Długo siedziałyśmy i rozmawiałyśmy. Pierwszy raz o tym komuś powiedziałam i czułam się, jakby ktoś ściągnął mi ciężar z wielu miesięcy z ramion. A piekło trwało w najlepsze. 200 telefonów dziennie, maile, smsy. Był pod pracą, pod mieszkaniem, pisał do moich znajomych. Zdecydowałam się iść na policję. Olali mnie i upokorzyli. Jakby fakt, że byłam jego żoną upoważniał go do traktowania mnie, jak wlasność i worek treningowy.
Wiedziałam, że nie mogę się złamać, odpisać, nic. Rozwiodlam się rok później. Bałam się wyjść z domu, ograniczyłam się do kursowania praca mieszkanie. Dźwięk telefonu mnie przeszywał i paraliżował. Z każdym dniem i każdą zagojoną raną stawałam się znów sobą. O to walczyłam. A musisz wiedzieć, że jestem uparta, ale też nieufna. Boję się najbardziej na świecie, że ktoś mnie skrzywdzi.
Kiedyś miałam w pracy taką sytuację, że siedziałam sama w małej salce i czekałam na kogoś kogo wezwałam na rozmowe. Wszedł szybko i zamknął drzwi trzymając rękę na klamce. A do mnie wróciło wszystko. Klatka po klatce. Zakmnięte drzwi. Ręce zaciśnięte na mojej szyi. Krew i ból. Wpadłam w taką panikę, że musiałam wyjść, żeby się uspokoić. Pewnie nigdy się od tego nie uwolnię. Najbardziej boję się, że nikt mnie w całości nie poukłada, że jestem za bardzo wybrakowana, żeby ktoś mógł mnie kochać. Sama też się mocno przed tym bronię, odgradzam, odcinam. Nie wiem czy jest jeszcze dla mnie jakaś szansa, ale nie zostaje mi nic, jak żyć i czekać, co to życie przyniesie. I jeśli miałabym dać komuś radę, to powiem tylko tyle, nie bójcie się – wyszłam ze stówką w kieszeni, bez mieszkania, bez celu. Było ciężko jak cholera, ale warto. Warto walczyć o siebie.

A terapia? Byłaś na jakiejś terapii?

Nie. Chyba dlatego, że już po tym wszystkim nie czułam się ofiarą. Jego mi było żal. Moją terapią była praca.

Ale mówisz, że nie wiesz czy zaufasz, pokochasz. Nie myślałaś że terapia by Ci pomogła?

Byłam na terapii raz. Ale nie w związku z tym, choć ten wątek się przewinął. Było to całe 6 spotkań i usłyszałam, że chyba szkoda moich pieniędzy, bo wiem, co mam robić, tylko muszę to zacząć robić. Jakby narzędzia i plan mam, tylko ja mogę to realizować.
Może po prostu jak trafię na odpowiedniego człowieka, to będzie najlepsza terapia.

No tak, ale terapia i terapeuta są właśnie po to, by pomóc Ci te kroki poczynić. Ale skoro uważasz, że go nie potrzebujesz, to nie będę przekonywać.

Może trafiłam na nieodpowiedniego. A może jeszcze nie byłam gotowa się całkiem otworzyć przed nim.

Może. Dziękuję, że chciałaś mi to wszytsko opowiedzieć. Wyobrażam sobie jakie uczucia musiały temu towarzyszyć. Jesteś bardzo dzielna. Zawsze jest wyjście, niezawsze proste, ale.zawzze jest. Warto prosić o pomoc i wyrzucać z siebie bóle.

Życzę Ci dużo dużo spokoju w życiu. I miłości. Do samej siebie przede wszystkim.

Artykuł jest dość długi i choć Natalia doskonale przekazuje w nim emocje, jestem przekonana, że nie jest to ani połowa tego, co czuła.

Każdy przypadek jest inny, każda historia, jej początek, przebieg, przyczyny. Nie ma reguły w jakich okolicznościach się to dzieje, nie jest tak, że ofiarami przemocy są tylko kobiety. Wszystko jest inne, ale zawsze możemy dążyć do tego, by koniec był taki sam – szczęśliwy.

Poza tym jak trudnych kroków musimy się podjąć i jak bolesna będzie przeprawa, by od tego się uwolnić, ja zawsze po traumatycznych przejściach polecam wizyty u dobrego terapeuty. Po to, by z nim to przerobić, zrozumieć i ZAMKNĄĆ.