“To daje kopa, że pomaganie tym, którym powinęła się noga, ma sens.”

Rozmowa z Angeliką, pracownikiem w schronisku dla bezdomnych mężczyzn.

Za każdym razem, gdy przechodzę obok bezdomnego — kotłują się we mnie wszystkie możliwe uczucia. Wygrywa jednak żal i smutek. Rety, niezależnie od tego, czy są oni trzeźwi, ja bardzo chciałabym im pomóc. Albo wiedzieć, że jest ktoś, kto wyciąga do nich rękę. Że mają jakąś szansę na, choć krztę godności. Kiedy widzę, jak ludzie nimi gardzą, ośmieszają — źle mi z tym. Jest mi smutno. Wiem, że wielu z nich ma to na “własne życzenie”, ale dalej uważam, że to kwestia hm losu, szczęścia, silnej lub słabej psychiki. Opowiesz mi coś o Twojej pracy? Jak wyglądają Ci ludzie od Twojej strony?

Powiem Ci szczerze, że jako dziecko czy nastolatka to bardzo się bałam tych osób, zostałam wychowana w przeświadczeniu, że każdy bezdomny to alkoholik albo ćpun z naciskiem na tych drugich, bo ich oglądałam bardzo często na dworcach w Warszawie.
Gdzieś w okolicy klasy maturalnej, gdy podchodził do mnie obcy, który był w stanie po spożyciu, brudny, czy obdarty to uciekałam (nierzadko z piskiem) dlaczego? Ze strachu. Dopiero na studiach koleżanka pokazała mi jak rozmawiać z takimi osobami, które ewidentnie są bezdomne czy blisko tego stanu rzeczy.
Ona za każdym razem, gdy ktoś ją zaczepiał o kilka groszy na przysłowiową bułkę, mówiła, gdzie dana osoba ma udać się po pomoc. Z czasem podchwyciłam temat, zaczęłam być bardziej odważna i gdy ktoś mnie zaczepiał, mówiłam, że jeśli jest głodny czy potrzebuje schronienia to żeby udał się do schroniska dla bezdomnych, tam pomocy mu nikt nie odmówi.
Ale Ci ludzie bardzo często gardzili taką pomocą, bo aby dostać posiłek, możliwość kąpieli, czy noclegu jest warunek-trzeźwość. Niedawno moje życie potoczyło się tak, że zaczęłam pracować z tymi ludźmi. Nie zdawałam sobie sprawy, że dostać się do schroniska to nie jest taka prosta sprawa. Są procedury. Nie wszyscy, którzy tam trafiają to osoby uzależnione, a tego szczerze to się nie spodziewałam.
Są osoby, które nie mają rodziny (z różnych powodów) a z racji wieku i niskiej emerytury czy renty nie są w stanie się utrzymać i dostają eksmisję, są osoby, które mają długi i przez zajęcia komornicze rezygnują z pracy i trafiają na bruk, są też tacy, którzy zostali skrzywdzeni przez rodzinę i zostali na stare lata sami. I to tych osób mi najbardziej szkoda, w drugiej kolejności szkoda mi młodych, około 20-letnich chłopaków (pracuje w schronisku dla bezdomnych mężczyzn), którzy dopiero startują w dorosłe życie, a już uzależnienie podcina im skrzydła, rodzina o nich nie walczy, bo często nie ma sił, trafiają oni do nas, przezimują, trochę u nas, trochę kątem u znajomych, bo bez terapii ciężko im pozbyć się uzależnienia, przychodzi ciepło i wybywaja.
Jak przeglądam kartoteki byłych mieszkańców i słucham opowieści kierowniczki o naszych byłych pensjonariuszach, to serce mi się kraje, że tak młodzi ludzie niszczą sobie życie, nie chcą naszej pomocy, nie chcą walczyć o lepsze jutro i to boli.
Ale są też chwile radości. Ostatnio wyprowadził się od nas mężczyzna w średnim wieku, pokonał nałóg, przeszedł terapię obowiązkową, poszedł na terapię pogłębioną, brał udział w meetingach, które odbywają się u nas na miejscu, przyszedł ostatnio i podziękował za schronienie i pomoc, ale się wyprowadza, bo pracuje i wynajął pokój, odnowił kontakty z córką i dwuletnim wnuczkiem, opowiadał o czasie z nimi spędzonym, a moje serce się radowało, że mu się udało, że chciał z tego wyjść, że dał sobie pomóc. Mógł u nas jeszcze mieszkać, ale już nie chciał, chciał jak najszybciej pójść na swoje. To daje kopa, że pomaganie tym, którym powinęła się noga, ma sens.
Kierowniczka studzi mój entuzjazm, że tacy ludzie często wracają, bo nagle spotykają kogoś z przeszłości i znów zapadają się w nałóg i wracają z podkulonym ogonem.
Ja z ludźmi bezdomnymi mam tylko kontakt spotykając ich na ulicy. Mam jednak spory kontakt z ludźmi uzależnionymi. I wiem, że czasem mimo wielkiego marzenia o “normalnym” życiu, nie jest to proste. Macie tam mitingi, terapię, psychologów tak?
Tak, raz w tygodniu przychodzi terapeuta i prowadzi spotkanie dla chętnych mieszkańców. I powiem Ci, że ku memu zaskoczeniu do niedawna brali w nich udział wszyscy mieszkańcy, nawet ci, którzy ukrywali swój nałóg. Trochę ciężko jest znaleźć terapeutów czy psychologów, którzy zgodziliby się prowadzić takie porady w schronisku non profit. Do dyspozycji mieszkańców jest za to zatrudniony w ramach wolontariatu pracownik socjalny, także mieszkańcy, mając problem z załatwieniem różnych spraw w urzędach czy u lekarzy mogą liczyć na jego pomoc, a jeśli jego nie ma, to kierowniczka często pomaga przebrnąć przez biurokrację w urzędach.
To jest trudny temat. Ciężko się na pewno na to patrzy. Jest też chyba bezsilność w pewnym stopniu. Nie zmusisz do otrzymania pomocy. A nimi kierują różne uczucia. Wstyd, który nierzadko chowają pod udawanym “radzę sobie, dajcie spokój”. Czasem sytuacje bez wyjścia. Umiesz się od tego odcinać emocjonalnie?
Szczerze? Zależy od sytuacji, ale czasem bywa ciężko, zwykle wieczorem łapią mnie przemyślenia dotyczące mieszkańców, zastanawiam się, czemu komuś w życiu nie wyszło, myślę, jak indywidualnie mogłabym im pomóc. Czasem chciałabym się bardziej zaangażować, ale wiem, że wszystko ma swoje granice i może ktoś inny lepiej wykorzysta szansę. Podobno popełniam błąd, bo wierzę w ich historię, w obietnice, w chęć zmiany swojego życia. A tak naprawdę powinnam się kierować zasadą ograniczonego zaufania. Każda historia jest inna, każdy człowiek jest inny i ciężko jest się wypośrodkować.
Fajnie jest wierzyć. Dziękuję, że poświęciłaś mi chwilkę. Trzymam kciuki. Za nich i za Ciebie.
Dziękuję, te kciuki trzymane za nich na pewno się przydadzą, bo zjawisko bezdomności z roku na rok się szerzy.