Spowiedź – jak bardzo szczera?

Nie sądziłam, że coś takiego jednak wydarzy się w moim życiu i, że będę tak bardzo chciała się tym z Wami podzielić. Nie do końca wiem jak się za to zabrać. Mijają kolejne dni, a ja piszę, kreślę i znów piszę. W takim razie spróbujmy.

Po co ta spowiedź?

Bardziej osobistego artykułu już nigdy nie napiszę. Stworzyłam tę stronę, by pomagać. Wam, ale jak się później okazało, by pomóc również sobie. Wydarzenia i emocje, które opiszę w tym artykule, są bardzo świeże. To wydarzyło się niedawno, ale właściwie zaczęło się dziać, odkąd tylko przyszłam na świat.

Kilka osób do tej pory zarzuciło mi, że piszę tu zbyt dużo osobistych rzeczy, że jest to niesmaczne. Oczywiście rozumiem takie podejście. Po prostu nie czytaj tego, jeśli tak uważasz.

To moja spowiedź. Bardzo szczera. Bardzo osobista. Zrozumiem, jeśli to nie dla Ciebie. Dziękuję, jeśli znajdziesz czas i chęci, by to przeczytać. Jeszcze bardziej dziękuję i docenię, jeśli pokusisz się o odpowiedź na moją spowiedź.

Od najmłodszych lat.

Ostatnie wydarzenia i emocje dotyczą jednej z ważniejszych osób w moim życiu. Ważnej pod względem ukształtowania mnie, mojego charakteru, moich emocji i uczuć. Tak, zdecydowanie ten człowiek przyczynił się bardzo do tego, jaką osobą ja jestem teraz.

Mój ojciec.

Wiele razy pisałam tu o tym, że w naszym domu nie było kolorowo. Nie było nawet dobrze. Awantury, alkohol, narkotyki, brak pieniędzy na potrzeby życia codziennego, kłamstwa, zdrady. Nie czułam się dobrze jako dziecko. Nie rozumiałam, po co jestem na świecie. Nie rozumiałam, dlaczego ludzie cały czas się denerwują, krzyczą, kłamią. Dlaczego z góry zakładają, że będzie źle. Nie rozumiałam radości rówieśników z materialnych rzeczy. Chyba nawet mnie to irytowało. Nie miałam wielu znajomych. Dzieci nie lubiły się ze mną bawić. Często płakałam i rzadko się uśmiechałam. Nierzadko bolał mnie brzuch, miałam mdłości i bóle głowy. To wszystko działo się, zanim skończyłam 7 lat.

Wokół tego całego źle nastawionego świata, dążącego nie wiadomo dokąd, był on. Człowiek, który się uśmiechał, żartował, był miły, uprzejmy, mówił: miłego dnia i smacznego. Otwierał drzwi innym, pomagał nieść zakupy, przechodząc obok grających w piłkę dzieci, kopał kilka razy z nimi, sprawiając im ogromną frajdę. Zabierał mnie na spacery, zachwycał się blaskiem księżyca, szumem wody, mocno grzejącym słońcem i mrozem dla większości nie do zniesienia. Pokazywał, że własną głową można zwalczyć wiele, jeśli nie wszystko. Naturalne sposoby na choroby i wpływanie nastawieniem i podejściem na nasze i otaczających nas ludzi życie. Urzekało mnie to. Uwielbiałam to. Mając 5 lat, zdecydowałam, że chcę być psychologiem. Że chcę pomagać ludziom. A to, co działo się potem, co dzieje się do tej pory, tylko mnie w tym utwierdza i sprawia, że ta chęć jest jeszcze większa. Zdecydowanie byłam córeczką tatusia.

Kochałam w nim to, że nie oceniał. Starał się i naprawdę próbował zrozumieć każdego człowieka. Jego inteligencja pozwalała na pomoc zrozumienia siebie innym. I to w taki sposób, że sam zagubiony nie miał o tym pojęcia. Zdecydowana większość osób czuła się przy nim dobrze. Swobodnie. Przy tym człowieku nie trzeba udawać. Jeśli udajesz, on to czuje i pomaga Ci się lepiej. Nie ocenia i docenia. Tak, to jedyna osoba przez długie lata mojego życia, która potrafiła okazać mi, że mnie docenia. I doceniał też innych.

To człowiek o niezmierzonej wrażliwości. Na krzywdę, na cały świat. Jego priorytety i to, czym kierował się w życiu, nie pozwoliły mu na “normalne” funkcjonowanie w tym świecie. W świecie materialnych pokus, ogromnego zła, braku zrozumienia i braku osoby, która dzieliłaby z nim patrzenie na świat poprzez dobro, był zbyt słaby.

I wiesz, co jeszcze pokazał mi mój ojciec? Co pozwolił, bym zobaczyła?

Przykra strona “dobra”.

Narkotyki, alkohol, przemoc, kłamstwa. W jego wykonaniu. I niepojmująca głowa dziecka, jak to się dzieje? Jakim cudem są w nim dwie tak różne osoby? Co pozwolił mi zapamiętać z dzieciństwa? Pijane i zaćpane powroty do domu, awantury i przemoc, którą stosował wobec mojej mamy. Często nie dotrzymywał słowa. Wydaje się to banalne, bo rodzice często nie przykładają wagi do tego, co mówią dzieciom i czy tego dotrzymują potem. Ale ja od niego wymagałam więcej. Zresztą każdy rodzic powinien zwracać na to uwagę. Ale on, taka moja nadzieja, takie światełko w tym brudnym, pełnym złych emocji świecie. Kiedy on zawodził, to bolało najbardziej. Na resztę byłam gotowa. Chyba to olewałam.

Później zaczęłam rozumieć, że on tu nie pasuje. Do tego świata. Że jest zbyt wrażliwy. Że chce nieść dobro, a to, co spotyka od innych ludzi, sprawia, że traci swoje siły i odreagowuje to w okropny sposób. Chciałam mu pomóc. Uwielbiałam jeździć z nim na terapie, odwiedzać go na odwykach. Zachowywał się tam bardziej jak terapeuta. Ludzie naprawdę go słuchali, a on naprawdę im pomagał. Rozumiał jak mało kto, sam nie będąc rozumianym przez nikogo. Człowiek, o którym mogłabym powiedzieć, że niesie najwięcej dobra i najmocniej potrafi skrzywdzić jednocześnie.

Gdy miałam 13 lat, przyjechała policja. Nie, nie pierwszy raz. Byli u nas często. Na domowych interwencjach, na przeszukiwaniach. Wtedy przyjechali po raz ostatni. Mój ojciec był niesamowicie silny fizycznie. I ogromnie odporny na ból. Fizyczny. Tym razem usłyszałam, żeby puścili. Że to boli. Będę to słyszeć do końca życia. Bardzo często to słyszę. I pęka mi serce. Zabrali go.

9 września tego roku pojechałam z moim bratem po niego. Zobaczyłam go po 15. latach pierwszy raz poza murami więzienia. Nie miałam pojęcia co będzie dalej. Cieszyłam się jak dziecko, że jest. Tutaj. Z nami.

A dalej. Dalej był jeden z piękniejszych i jednocześnie jeden z gorszych momentów w moim życiu.

Nie wierzyłam, że to się dzieje naprawdę.

Dwóch ostatnich części nie piszę w domu. Wszystko, co pisałam wyżej, wycisnęło ze mnie morze łez. To bardzo trudny dla mnie temat. Ogromnie chciałam się z Wami tym podzielić. Obnażam się przed Tobą, bo chcę być jeszcze bliżej. Bo chcę w końcu komuś o tym wszystkim opowiedzieć. Bo chcę, żebyś popatrzył inaczej na ludzi, którzy mają ogromne problemy ze sobą. Ze swoją psychiką, wrażliwością. Chcę, żebyś zrozumiał skąd moja potrzeba i pasja pracowania jako psycholog, terapeuta. Więc dwie ostatnie części  będę pisać w kawiarni. Robię to pierwszy raz. Stresowałam się. Wstydziłam. Ale jest w porządku. Piszę.

Spowiedź — kluczowy moment.

Mój ojciec. Mój autorytet i zaraz po moim bracie najlepszy przyjaciel i towarzysz przez większość życia. Przez ostatnie 15 lat odwiedzałam go za murami więzienia. 9 września to się skończyło. Stałam pod tymi cholernymi murami, w których tak dużo się działo. Tyle emocji, o rety! Tyle emocji. Miliard razy powtarzanie sobie, że on nie powinien tam być. Nie on, nie tak długo. W tym miejscu też pomógł wielu osobom.

Kiedyś byliśmy na widzeniu, na którym był też facet, właściwie chłopak. Jeden wielki kłębek nerwów. Wystraszony, zestresowany. Odwiedził go ojciec. Nie chciał go słuchać. Cały czas płakał. Trząsł się. W końcu podszedł do mojego taty, przerywając nasze widzenie (2 godziny w miesiącu) i powiedział, że nie może, że nie da rady. Płakał, naprawdę trząsł się okropnie. Mój tato spędził z nimi pół naszego widzenia. Było wiele takich sytuacji jak ta. Przez całe moje życie. Tak tworzyłam sobie obraz dobrego taty, dobrego człowieka. Pękało serce.

Wizyta w Zakładzie Karnym oczami odwiedzającego (moim oczami) – zapraszam do lektury.

Stałam pod więzieniem. Na parkingu. Obok mój brat i mój syn. Nagle wyszedł mój ojciec. Miałam prawie cały świat w jednym miejscu. Tato uśmiechnięty, lekko przestraszony. Mój brat rozemocjonowany. Szczęśliwy, ale on przecież spędził z naszym ojcem jakieś 4 lata. Nie znali się. Ich relacja to widzenia w Zakładzie Karnym i 4 lata życia mojego najukochańszego, małego braciszka. Widziałam ich razem. Uświadomiłam sobie ile rzeczy i wydarzeń ominęło mojego tatę. Oczywiście mój ślub, mojego brata, narodziny naszych synków, ale przecież także masa codziennych bardzo ważnych, trudnych i banalnych wydarzeń. Zmiana szkoły, kłótnie ze znajomymi, które przecież dla dziecka czy nastolatka są naprawdę bardzo ważne, pierwsze miłości, zazdrości, kłopoty i sukcesy. Przy tym wszystkim przez 15 lat (15 lat!) nie było go. I naprawdę cholernie pękało mi przez to serce. I wiem, że jemu też. Mój ojciec wzruszał się przy każdej z tych chwil. Przeżywał je z nami, ale nie było go fizycznie.

Teraz mógł to nadrobić. Nie, właściwie to nie dało się nadrobić. Mogliśmy nie zmarnować czasu, który nam został. Czy się udało?

Mieliśmy do przejechania ponad 300 kilometrów. Kilka godzin, które miałam spędzić w samochodzie z moim najukochańszym synem, bratnią duszą w postaci mojego brata i ojcem, który 15 lat spędził w Zakładzie Karnym, a ja, choć tak bardzo za nim tęskniłam, nie byłam pewna czy w ogóle jeszcze się znamy. Przyznam szczerze, że trochę bałam się tej drogi.

Najczęstsze co czułam od tego momentu to szaleństwa w mięśniu sercowym. Albo huczało ze szczęścia, albo pękało.

Miesiąc. Wszystko wspólne. Wspólne posiłki, spacery, sprzątanie, gotowanie, zabawy z moim synkiem, malowanie ścian w pokoju i małe remonty. Przy tym cała masa uśmiechu, miłych słów i przytulań. Spacery z psem. Wspólne oglądanie siatkarskich Mistrzostw Świata. Tak, o tym marzyłam, to sobie wyobrażałam każdego dnia, tego właśnie mi brakowało. Naprawdę piękne w tym wszystkim było to, że mój tato naprawdę rozumie mnie jak mało kto. Bez słów. Moje wzruszenia, priorytety. Tak za nim tęskniłam. A on tu był. Nie za murami więzienia. Był tutaj, dzielił z nami wszystko. Moje serce szalało z radości.

Po tym pięknym miesiącu przyjechał brat mojego taty. Na co dzień mieszka na Litwie. Ich relacja? Nie jestem pewna. Chyba dość sprzeczne charaktery. Jeden i drugi dużo przeszedł. Z własną osobą i ze swoją psychiką. Więc jeden myśli, że jest “bardziej doświadczony” od drugiego. Nie byłam przekonana czy to spotkanie to dobry pomysł. Pojechali na Mazury. Drugiego dnia zadzwonili do mojego brata. Ojciec nie był już spokojny, wesoły i zadowolony. Był szalony, niespokojny i chyba nawet trochę podenerwowany. Po prostu nie wierzyłam, że to się dzieje. Że to się zepsuło. Miałam cichą nadzieję, że jak wrócą, wszystko będzie w porządku. Nie było. Z każdą chwilą zaczynał się coraz większy koszmar.

Spowiedź — najtrudniejsze

Kiedy to wszystko się działo ja, mój mąż i syn mieszkaliśmy z moim bratem, jego żoną i ich synkiem. Kiedy tata i wujek wracali z Mazur, mojego brata z rodziną nie było w domu, mój syn spał. Bałam się jak to będzie. Znałam takiego tatę. To nie był pierwszy raz. I tym razem wyglądało to dokładnie tak samo. Z tą różnicą, że bez aloholu i innych używek. Spokojny tato i dziadek zniknął.

Bieganie, rozkojarzenie, zaczynanie stu tematów na raz i niekończenie żadnego z nich. Przekładanie rzeczy, zdejmowanie firanek, przenoszenie kwiatków. Wujek wyjeżdża na dzień do rodzinnej miejscowości. Tata trochę się uspokaja, minimalnie, ale my wszyscy widzimy tę różnicę. Mój tato, po 15 latach w Zakładzie Karnym wychodzi pierwszy raz sam na obce mu ulice Warszawy. Nie ma go godzinę, dwie, osiem. W nocy śpi po 2, 3 godziny. Im bardziej jest zmęczony, tym na większych obrotach lata po domu i… Warszawie. Późnym wieczorem wraca wujek. Tato się wkurza o byle co, denerwuje się na niego i wychodzi z domu. Sam. Ogromne zimno na zewnątrz. On o to nie dba. Nie ma go, mijają godziny. Ja wpatruję się w okno. Na 13 piętrze niewiele widać z tego, co dzieje się na dole. Każdy sygnał karetki, policji czy straży sprawia, że pęka mi serce. Zastanawiam się, czy nie marznie, czy nie powiedział nic do kogoś, do kogo nie powinien. Boję się. Pęka mi serce i nie wierzę, że to znów się dzieje. Człowiek, na którego tyle czekałam, tak bardzo potrzebowałam, potrzebuje mnie, a ja nie umiem nic zrobić. Patrzę w jego oczy i płaczę. Dobre, kochane oczy mojego taty. Mojego przyjaciela i człowieka, który rozumie mnie jak nikt. Błagają o pomoc. A ja nie umiem zareagować! Przytula mnie, a ja ryczę. On uśmiecha się i mówi: wszystko jest dobrze. Nie martw się!

Zaczyna robić się agresywny przy moim wujku. Z moją bratową nie potrafi się kompletnie dogadać. To wszystko zaczyna się mocno kumulować. Moje serce bez końca pęka. Nie wiem co robić. Czuję, że nikt mnie nie rozumie. Mnie i jego. Czuję, że wszystko wymyka się spod kontroli. Widzę u wszystkich strach. Decydujemy się na pogotowie. Może jakiś zakład zamknięty, żeby mu pomóc. Przyjeżdżają, badają, mówią, że jest w porządku. Wracają. Pęka mi serce, że musiałam to zrobić. Nie chciałam znów widzieć, jak ktoś go zabiera. I na szczęście nie widziałam.

Chodzi wkoło bloku, a ja z bratem patrzymy na to z balkonu. Zagaduje ludzi, mało kto chce go słuchać. Widzę to i naprawdę PĘKA MI SERCE! Przestaję wierzyć w kłębek, przestaję wierzyć w moją terapeutyczną przyszłość zawodową. Mam dosyć. Chcę uciec. Ale nie wiem skąd i nie wiem z kim. Nigdy nie czułam się tak samotna. Nie wiem co robić, by nikogo nie krzywdzić. Zdaje się, że nie ma dobrych rozwiązań.

Spaceruję z mężem i synem pod blokiem, obok stoi radiowóz, przed nami idzie ojciec. Jest zimno. On zbliżając się do nas ściąga kurtkę i idzie w stronę radiowozu. Myślał, że zabrali mojego brata. Chciał mu pomóc. Nie, nie zabrali. A mi pęka serce po raz setny. Zagubiony, załamany człowiek, który bez względu na wszystko zawsze stanie w obronie swoich dzieci, bo kocha je najbardziej.

(Tak, kawiarnia to był idealny pomysł. Ciężko powstrzymać łzy, ale w domu skończyłoby się to pisanie bardzo źle).

Ojciec zaczyna wspominać o powrocie do rodzinnego miasta. Kilka razy zawozimy go na dworzec, ale on wraca. Rozdarte serce, które chce spokoju dla reszty rodziny i chce przy sobie tatę. Obok przystanku tramwajowego przy naszym bloku jest skate park i boisko do koszykówki. Jadę z mężem i synem tramwajem. Widzę przez okna tatę. Spaceruje, idzie na boisko. Chce spędzić czas z moim bratem. Spokojny czas. Nie wytrzymuję. Ryczę w tramwaju jak szalona. Nie wiem, w jakim stanie jest moje serce. Zastanawiam się, ile jest jeszcze w stanie znieść.

Pewnego wieczoru siedzę z bratową i dziećmi w pokoju. Tato, mój brat i mąż dyskutują w kuchni. Jadą na dworzec. Tato podniósł głos na żonę mojego brata. Nie może tu dłużej zostać. Nie wiem, czy moje serce jest w stanie kolejny raz rozwalić się na kawałki. Chyba już bardziej się nie da. Dzwoni do nas całą noc. Rano mówi, że jest na dworcu. Że zamarza mu głowa i palce. Nie mogę, naprawdę nie umiem sobie już poradzić. Kilka godzin później jest w rodzinnym mieście.

I w tym całym “szaleństwie”, jedyne co widzisz to ogromne WOŁANIE O POMOC!

Odczuwam ulgę i największą na świecie tęsknotę. Słysze go codziennie po kilka razy przez telefon. Uspokoił się. Pomaga rodzicom na działce, chodzi na mityngi AA, widuje ze starymi znajomymi, którym pomaga, a oni wzruszają się, przytulając do niego, spaceruje z psami ze schroniska.

Nie mieliśmy dla niego czasu. A on go potrzebował tak samo, jak nasze dzieci. U nas w domu dużo się dzieje. Jest hałas i chaos. Nie mogliśmy mu pomóc. Nie znaleźliśmy dla niego czasu. Dostosowywał się do naszego rytmu dnia, nie biorąc pod uwagę swoich potrzeb. My też ich nie braliśmy pod uwagę. To nie mogło trwać długo. To człowiek, który musi coś robić, a Warszawa była dla niego zbyt duża.

Spowiedź — zakończenie.

Miliony telefonicznych rozmów co wieczór. Stają się tradycją. I nawet jeśli jest “szalony”, wyczuwa, kiedy ja potrzebuję jego spokoju. Wydaje się, że mnie nie zna. Że 15 lat rozłąki sprzyja oddaleniu się od siebie. Ale on w tych rozmowach udowadnia, że zna mnie jak nikt. Jego słowa potrafią ukoić moje nerwy. Jest czuły i wrażliwy. Ma dobre serce.

Tęsknię. Ogromnie tęsknie. Nie da się tego opisać. Zmagam się codziennie z wieloma kłopotami, mniejszymi i większymi. I choć on jest tak blisko, to nie ma go tutaj. A ja tak tego potrzebuję. Ale nie mogę być egoistką.

Tak, nadal jestem córeczką tatusia. A on? Czy on jest zbyt słaby? By stanąć na nogi, by funkcjonować szczęśliwie i razem z nami? Tylko czas da mi odpowiedź na to pytanie. Ja ciągle boję się straty tego człowieka. Boję się, że wtedy nie dam rady. Że będę mieć zbyt dużo pytań, na które już nigdy nie dostanę odpowiedzi. Że nie do końca wykorzystaliśmy wspólny czas. Że nie zdołałam mu pomóc. Ogromnie się boję.