“Odchylona” matka – cała prawda

Stałam się nią. Nienormalną matką z mocnymi odchyłami. Kiedy to nastąpiło? Co przez to stracę? Czy coś zyskam? Czy trzeba to przerwać?

Najpierw myślałam, że to tak tylko na początku. Że to minie. Z czasem. Jak zacznę się przyzwyczajać do bycia matką. Jak się w to wdrążę. Widziałam od początku co się ze mną dzieje. Ale przecież dużo słyszy się o różnych zachowaniach kobiet po porodzie. Depresje, brak chęci na zajmowanie się dzieckiem. Myślałam, że mam coś w tym stylu. Że wszystko się unormuje. Że to tak na świeżo.

Jestem matką już 19 miesięcy. Nie zmieniło się nic. A poza tym, ja nie chcę tego zmieniać. Być może zbyt dużo ryzykuję. Ludzie mówią, że mogę przez to wiele stracić. Że wyrządzam mojemu synowi krzywdę. Nie do naprawienia. Ja tak nie myślę. Być może jestem nienormalną matką. Z mocnymi odchyleniami. Ale świadomą. I taką jaką właśnie chciałam być.

Mój syn jest dla mnie najważniejszy. Wszystko inne dałam zdecydowanie niżej. Bycie żoną, bycie kobietą. To nie tak, że nie rozmawiam z moim mężem, nie przytulam go i nie całuję. Ale nierzadko jestem zbyt zmęczona całym dniem, by mieć dla niego czas. Nie wychodzimy nigdzie sami. Jeszcze nie teraz.

Nie dbam o dobór ciuchów, nakładanie kosmetyków. Nie tak, że się nie myje i chodzę zaniedbana. Po prostu nie zależy mi na tym jak będę wyglądać. Nie czuję potrzeby dbania o bycie kobiecą.

Chcę być mamą. Chce być dla mojego syna najlepszą przyjaciółką. Chcę żeby wiedział, że zawsze może do mnie przyjść z każdym problemem i radością. Chcę być na każde jego zawołanie, gdy tego potrzebuje. Tak, biorę go na ręce mimo, że nie mam siły. Biegnę do niego kiedy mnie woła z drugiego pokoju. Karmię go piersią mimo, że w zrobiły się obolałe w trzecim miesiącu ciąży. Spędzam z nim całe dnie. Znam każdą jego minę, każde słowo.

I mimo tego, że tłumaczę mu, że jest już dużym chłopcem, który potrafi chodzić sam, a mamusię bolą czasem plecy, mimo tego, że nic złego nie dzieje mu się kiedy jest w pokoju i mnie woła, bo ja jestem w drugim (bardzo daleko od niego), mimo tego, że od dwóch lat nie przespałam ani jednej nocy – to ja naprawdę to kocham! Tą jego wdzięczność, kiedy jestem. Kiedy biorę go na ręce. Kiedy tuli się do mnie, gdy czuje się przy mnie bezpiecznie i spokojnie. Gdy patrzy na mnie oczami pełnymi uśmiechu, kiedy obejmuje moją szyję swoimi cudownymi, małymi rączkami, gdy daje mi całuska w brzuch przed spaniem i pokazuje, że dzidziuś też będzie jadł mleko od mamy. Gdy widzę jego oczy  uspokojone, bo są przy mamie – nie czuję żadnego zmęczenia. Żadnego bólu.

Kazik wychodzi z tatusiem, z wujkiem i ciocią. Bawi się z nimi i spaceruje. Ale wie, że mama będzie czekać. Wiecie jak on ogromnie mi ufa? Jak on szczerze mnie tuli dziękując przy tym za każdą chwilę? Wszystko staram się mu spokojnie tłumaczyć. Nie uważam, że go rozpieszczam albo może, że wchodzi mi na głowę. Nic z tych rzeczy. Tłumaczę mu emocje. Jego złość i zdenerwowanie. To, że nie zawsze wszystko może być tak jak on chce. Ale nie słyszy ode mnie “nie, bo nie!”, “nie, bo ja tak powiedziałam!”. Tłumaczę. Chociaż czasem zajmuje to wiele godzin, chociaż muszę powtórzyć to sto razy to widząc efekt, widząc jego radzenie sobie z nowymi emocjami, jego dumę i spokój – rety ludzie, warto! Tu i teraz jestem mamą. Taką na pełny etat. Albo więcej. Kobietą będę całe życie. Żoną też. Zestarzejemy się razem. A nasze dzieci kiedyś wyfruną. Ale zawsze będą wiedziały gdzie mogą przyjść. A ja zawsze będę widzieć w ich oczach spokój, dumę i wdzięczność.

Kiedyś się okaże ile straciłam. Czy coś zyskałam. Czy wyrządziłam mojemu synowi krzywdę. Teraz nie potrafię inaczej. Nie chcę. Taką matką chcę być.

Szczere wyznanie, mocno ześwirowanej matki.