Cesarskie cięcie w Niemczech

Ania napisała do mnie ponad miesiąc temu. Od razu jej odpisałam, bo bardzo mocno chwyciła mnie za serce. Miałam jednak spore wątpliwości co do publikacji jej historii. Bo w Waszych historiach nie chodzi mi o to, by Was wystraszyć. Celem tych opowieści jest to, by każda z Was, która jest w stanie błogosławionym, wiedziała, że inne też się bały. Że miały wątpliwości.
Żeby każda z Was, która miała ciężki poród, mogła zobaczyć, że nie jest sama. Że jest masa kobiet, które doskonale wiedząc co czuje. Które są z niej dumne i pełne podziwu dla jej siły. Żeby być może te mamusie, których poród był w miarę “przyjemny”, mogły docenić jak duże mają szczęście.
Może te historie też są po to, by podnieść na duchu. Żeby te kobiety, które czują się źle, są samotne – mogły z kimś porozmawiać. Ze mną lub z Wami – czytelniczkami tej strony. Żeby mogły zrozumieć, że uczucia, które nimi targają są normalne. Zdrowe.
Tak właśnie miałam z Anią. Jej historia chwyciła mnie za serce. Czytając to, chciałam ją przytulić. Ją i jej córeczkę. Chciałam, by odpisywała na każdego mojego maila. Chciałam, by stała się moją przyjaciółką. Chciałam być z nią blisko. Chciałam, by ona była blisko mnie. Bo to niesamowicie silna kobieta. I cudowna mama.
Oto historia Ani
Piszę bo już dawno myślałam, żeby w końcu wyrzucić z siebie te wspomnienia. To co się działo prawie już 14 tygodni temu, co wraca właściwie w każdy piątek i sobotę… bo do szpitala trafiłam właśnie w piątek, 29 grudnia 2017 roku, jeden dzień po terminie.
Skurcze regularne, co 5 minut, 30 sekund od 4 godzin więc o godzinie 22, w dobrym nastroju, spokojnie pojechaliśmy do szpitala, do którego byłam zgłoszona na poród. Na początku miło, KTG, badanie, rozwarcie na centymetr może dwa, właściwie chcieli odesłać mnie do domu, do momentu gdy powiedziałam, że dzień wcześniej ginekolog stwierdził poziom wód płodowych “na granicy normy”. Zbadano mnie jeszcze raz, okazało się że wody się sączą, nie wiadomo właściwie od kiedy.
Tak więc musiałam zostać, już na sali porodowej, ponieważ rano chcieli wywoływać poród dla bezpieczeństwa dziecka. To była długa, nieprzespana noc. Skurcze nadal miałam, coraz bardziej bolesne. Cieszyłam się, że mąż jest ze mną. Rano ból był coraz silniejszy. Za namową położnej zdecydowałam się na środki przeciwbólowe, dożylne. To był pierwszy błąd. Po pół godzinie zaczęłam wymiotować, choć nie miałam czym. Trwało to godzinę, po nieprzespanej nocy czułam się jeszcze bardziej osłabiona, cała się trzęsłam. Położna wzruszyła ramionami, powiedziała że to się zdarza.
Po 12 godzinach od przyjęcia do szpitala skurcze były coraz silniejsze, zaczęły się bóle krzyżowe. Rozwarcie 5 cm, nadal niewiele. Chodziłam, kucałam – robiłam wszystko, by przyspieszyć poród. Po 14 godzinach rozwarcie na 7 cm. Po 16 – 8 cm. Położna w końcu podała mi oksytocynę. Rano z tego zrezygnowali, bo miałam już skurcze. Płakałam już praktycznie cały czas. Moje usta były popękane, nie miałam siły już stać, chodzić, nie piłam już którąś godzinę. Oksytocyna wzmocniła ból, czułam jakby mi ktoś łamał kręgosłup. Łzy lały się strumieniami, kompletnie straciłam kontrolę nad ciałem. Zacewnikowano mnie, bo położna stwierdziła że to może pomóc.
Po 18 godzinach rozwarcie stanęło na 8 cm. Po 20 – 9 cm. Chyba powoli traciłam świadomość. Wiem, że nagle przyszedł lekarz, badał mnie, a to tak bolało. Stwierdził, że mogą mi podać PDA albo wykonujemy cesarskie. Zdecydowałam się na cięcie, byłam jednym wielkim bólem, nie czułam potrzeby parcia, modliłam się “wyjmijcie ją ze mnie”. Coś podpisałam, przewieźli mnie. Byłam jak worek ziemniaków, robili ze mną co chcieli. Nagą, obrzyganą, śmierdzącą. Było mi już obojętne ile jeszcze osób mnie taką zobaczy. Obdartą z godności, ze wszystkiego. Po podaniu znieczulenia straciłam przytomność.
Serce za bardzo zwolniło. Może z ulgi? Wyjęli ją. Płakałam dalej. Mąż się cieszył. Ja czułam się otępiona. Rozdarta. Obojętna. Dostałam ją już zmierzoną, zważoną. Nie wierzyłam, że to moja córka. Mama przystawiła mi ją do piersi. Zawieźli mnie na salę, po 26 godzinach od przyjścia do szpitala. Unieruchomiona, zacewnikowana, zostałam z nią sama.
Płakała, nie mogłam nawet sama jej wziąć. Niewiele spałam. Nie pamiętam dokładnie nawet tej nocy. Rano tylko dopytywałam kiedy mogę wstać. Umyć się. Położna niechętnie się zgodziła. Pomogła mi mama, ledwo stałam na nogach. W szpitalu byłyśmy jeszcze 4 dni. Spędziłyśmy tam Sylwestra i Nowy Rok. Problemy z laktacją, nikt nie raczył pomóc, dali mi butelkę. I tak już zostało.
To było 14 tygodni temu, a czuję jakby było wczoraj. Blizna przypomina. Myślę, co poszło nie tak, że mimo wysiłku nie urodziłam jej naturalnie. Kocham ją, ale czasem wydaje mi się być obca. Może potrzebujemy więcej czasu…